niedziela, 4 listopada 2012

PROKURATURA, CZII

 
Poprzednie odszkodowanie przyjęłam, bo dlaczego mam nie przyjąć, skoro tak naprawdę (teraz mogę to spokojnie wyznać), podczas całego tego czasu, kiedy toczyła się moja sprawa, zadawałam sobie pytania:
- Czy ja naprawdę chcę wrócić do pokoju nauczycielskiego i przebywać choćby pięć minut wśród tchórzy, popleczników Z. Włodarczyka lub przekupionej ponadwymiarowymi godzinami reszty?
 
- Czy ja chcę być bezustannie poddawana jakimś coraz bardziej chorym eksperymentom kolejnych ministrów? Jakieś teczki, oznaczenia literkami zgodności tematu z podstawą programową i tym podobnym bzdurom, które potrzebne są jedynie chorym biurokratom, bo za stertą papierów czują się bezpiecznie, a ostatnią w życiu książkę beletrystyczną widzieli przed maturą i tworzenie coraz nowych papierów jest jedyną uprawianą przez nich rozrywką?
 
- Czy ja muszę drżeć każdej minuty podczas lekcji, że wpadnie mi dyrektor, zajrzy do dziennika, sprawdzi, że w tym dniu miałam omawiać Kamieńską, bo tak stoi w moim planie wynikowym, czy jak zwać ten płód obłąkanego umysłu, ja zaś omawiam dalej Jasnorzewską, bo dzieciaki tego pragną? A ja mam się z tego tłumaczyć? Komu? Vinciemu? Przecież on prędzej uwierzy w to, że trójkąt to jest kwadrat, tylko trochę inaczej wygląda, niż w to, że ktoś nieprzymuszony robi coś dobrego dla innego człowieka.
 
- Czy ja muszę się narażać na to, że moi uczniowie będą w gimnazjum pytani pogardliwie: Kto cię uczył?, bo teraz już się niczego nie uczy, nie ma na to czasu, tylko się ćwiczy do sprawdzianów?
 
- Czy ja się muszę dochodzić o niezgodne z prawem zapisy w Statucie odnośnie do oceniania?
 
Zadawałam sobie te i inne pytania po wielokroć i zawsze wynik był ten sam. W pewnej chwili praca w świetlicy szkolnej wydała mi się oazą, Makkat ul-Mukarramahem, do którego powinnam zdążać. Jest tylko jedno ale...
 
Wyobraźmy sobie następującą sytuację:
Żyje sobie na świecie jakaś kobieta, której przejadło się spełnianie obowiązków małżeńskich w tradycyjny, zrutynizowany sposób. Coraz częściej myśli o czymś innym; niechby nawet bolało, byleby wniosło coś nowego w związek. Ale – jest, jak jest, może kiedyś...
Jej mąż myśli identycznie, ale jest tchórzem. Boi się reakcji żony, woli więc milczeć. Obsesja jednak narasta. Poza tym, rozmawiał o tym z kolegami, a oni pochwali pomysł, zaś wątpliwości skwitowali: Co ty, własnej baby się boisz? Ma robić, co każesz i tyle...
Mąż po cichu zaczyna gromadzić w domu gadżety, ukrywa w szafce nocnej linę. Żona niby widzi jakieś niecodzienne zachowania męża, ale nie przypuszcza, co ją czeka...
 
Pewnej nocy, bez jednego słowa, bez najmniejszego uprzedzenia...
Nie, dalszego ciągu nie będzie, ja tu nie piszę powieści dla niegrzecznych pensjonarek.
 
Otóż każdy sąd w tej części świata bez żadnego gadania wsadza męża do pierdla za gwałt, jeżeli żona to zgłosi i udowodni. A jeżeli przerażona krzyczała: To nie tak, to nie tak..., szarpała się przy tym, w związku z czym doznała obrażeń – to za gwałt ze szczególnym okrucieństwem. Tłumaczenie męża, że w gruncie rzeczy tego chciała, tylko pogorszy jego sytuację. Nawet, jeśli żona przeżyła w trakcie gwałtu niebywałą satysfakcję, nie jest to okolicznością łagodzącą.
 
Otóż mnie zasądzono odszkodowanie. Odszkodowanie zasądza się, jak sama nazwa wskazuje, vinci2, poszkodowanemu. To nie był ochłap rzucony psu, vinci2, lecz odszkodowanie, czy ci się to podoba, czy nie.
Wyrok był zresztą do kasacji, uzasadnienie by się w żadnym razie nie obroniło, ale wzięłabym pieniądze (odszkodowanie za gwałt, vinci2; co nie oznacza, że po odsiadce męża małżeństwo nie wróci już nigdy do  normalnego życia) i może jakoś by to było. Pracowałabym w świetlicy najlepiej, jak potrafię, bo kiedy pracuję, nie puszczam bubli.
 
Niestety, Z. Włodarczyk na każdym miejscu, przy każdej okazji tłumaczył zdezorientowanym ludziom, że ja jestem zła, że on mi zrobił łaskę, że mnie dotychczas nie zwolnił. Tak, nawet w sali sądowej, na pytanie Sądu, po kolejnych rzuconych na mnie kalumniach: To dlaczego pan w takim razie nie zwolnił pani Gładysz? – odpowiedział: Bo chciałem być człowiekiem. Mam to na papierze.
 
Mam ochotę teraz, jak edek – do kredek, krzyczeć wersalikami (patrz: Wiielki Językoznawca). Bo jedyna, one and only prawdziwa odpowiedź powinna brzmieć: Bo nie mam takich uprawnień.
 To było, jak sen za karę.
 
Proszę Państwa, śniło mi się kiedyś, że biorę udział w Wielkiej Grze. Jestem w finale. Mam odpowiedzieć na jedno jedyne pytanie, i to szybko. Jestem siebie pewna, nieźle się czuję w telewizji, pani Ryster jest miła. Z boku siedzą eksperci, wyglądają na życzliwych. Pada pytanie: Proszę powiedzieć, jaki jest tytuł najsłynniejszego wiersza Marii Konopnickiej?
Znam odpowiedź na to pytanie, wiem, który z wierszy Marii Konopnickiej jest najsłynniejszy, wiem. Wiem, że to Rota, bo inaczej być po prostu nie może. Można sobie przy piwie podyskutować nawet i o tym, że Rota nie ma największej  urody, pozarzucać jej tamto, czy owo... Ale pytanie brzmiało: najsłynniejszy, a ja jestem w finale Wielkiej Gry. Ludzie czekają na moją odpowiedź, czas się kończy.
 
I nagle mówię...: Co słonko widziało...
To był sen, więc w tym śnie zapadła cisza i usłyszałam: Niestety, nie możemy uznać tej odpowiedzi.
Może – gdyby się to działo w realu... Może uznano by mój infantylizm za przejaw dobroci nieskalanej wiedzą duszyczki i wówczas kasa byłaby moja...Niestety – to był twardy sen.
 
Wymachiwał Z. Włodarczyk nieprawomocnym wyrokiem i żądał ode mnie jego realizacji. Gdyby sam był wykonał swoją część – może wszystko potoczyłoby się inaczej. Już za samo rozpowszechnianie danych wrażliwych powinien odpowiadać karnie.
Mnie chyba odbija. On? Odpowiadać? Karnie?
 
Gdyby wtedy Prokuratura zajęła była stanowisko, jakie powinna, nie doszłoby do rozzuchwalenia się Z. Włodarczyka, do utrwalenia się u niego chorego poczucia wszechmocy, bezkarności, pogardy dla pracownika. Dowodem na postępującą arogancję jest tak zwane „zwolnienie mnie z pracy”. O tym w rozdziale „Historia zwolnienia mnie z pracy: kalendarz wydarzeń”.
 
Jakich dowodów trzeba jeszcze Prokuraturze na podjęcie działań zmierzających do udaremnienia dalszych przestępstw z art. 218 KK?
 
Art. 218. § 1. Kto, wykonując czynności w sprawach z zakresu prawa pracy i ubezpieczeń społecznych, złośliwie lub uporczywie narusza prawa pracownika wynikające ze stosunku pracy lub ubezpieczenia społecznego, podlega grzywnie, karze ograniczenia wolności albo pozbawienia wolności do lat 2.
 
I to ściganie nie odbywa się z oskarżenia prywatnego.
 
Jak długo musi trwać naruszanie, żeby Prokuratura uznała je za uporczywe?
 
To Zbigniew Włodarczyk, działając czynem ciągłym narusza moje prawa pracownicze, o czym Prokuratura jest powiadomiona bardzo dobrze. A jak nie jest, to niech ją powiadomi pan Kacperek, bo za to bierze pieniądze i jest to jego obowiązkiem.
 
Art. 239 Kodeksu Karnego § 1. Kto utrudnia lub udaremnia postępowanie karne, pomagając sprawcy przestępstwa, w tym i przestępstwa skarbowego uniknąć odpowiedzialności karnej, w szczególności kto sprawcę ukrywa, zaciera ślady przestępstwa, w tym i przestępstwa skarbowego albo odbywa za skazanego karę, podlega karze pozbawienia wolności od 3 miesięcy do lat 5. § 2. Nie podlega karze sprawca, który ukrywa osobę najbliższą. § 3. Sąd może zastosować nadzwyczajne złagodzenie kary, a nawet odstąpić od jej wymierzenia, jeżeli sprawca udzielił pomocy osobie najbliższej albo działał z obawy przed odpowiedzialnością karną grożącą jemu samemu lub jego najbliższym. Przestępstwo poplecznictwa sprowadza się do pomocy uniknięcia odpowiedzialności sprawcy określonego przestępstwa.
 
A teraz o wspomnianym konstytucyjnym równym traktowaniu.
 
Podczas gier i zabaw politycznych w 2005 roku, w wyniku których władza, jaka jest – każdy widzi, imano się różnych środków, aby tę władzę wziąć do kieszeni. Wiadomo - i nie ma w tym nic nowego. Jak było – tego nie wie nikt, za to każdy może zobaczyć, jak było.
 
A było tak, że przecież ten, kto ma pieniądze – ma władzę. To jest zrozumiałe i nawet czterolatek się z tym godzi, spełniając polecenia swojego taty w zamian za nowego resoraka, dajmy.
 
Nie jest to zrozumiałe jednak dla kogoś, kto ma niewielkie pole, duże ambicje i liczy na wsparcie sobie podobnych.
 
Internet jest potężną siłą. Taaa...
Pewna grupa osób zaczęła lżyć publicznie znanego przedsiębiorcę, ale posunęli się za daleko. Przedsiębiorca zgłosił sprawę do Prokuratury, ta wszczęła dochodzenie i ustaliła IP poszczególnych osób. Poniżej – podziękowania obrażonego, między innymi przez vinci2:
              
Stanowisko Stowarzyszenia:

·         STANOWISKO Stowarzyszenia na rzecz Rozwoju Piotrkowa

rzecznik.stowarzyszenie 27.10.05, 11:08 zarchiwizowany S T A N O W I S K O
Stowarzyszenia na rzecz Rozwoju Piotrkowa
<< WOLNOŚĆ SŁOWA A ODPOWIEDZIALNOŚĆ ZA SŁOWO >>
Jednoznacznie i solidarnie wyrażamy swe oburzenie
oraz kategoryczny sprzeciw wobec przypadków obrażania, poniżania i pomawiania
na dyskusyjnym forum internetowym członków naszego Stowarzyszenia. Do
pożałowania godnych incydentów doszło na forum gazeta.pl. Wbrew dobrym
obyczajom. Wbrew netykiecie. A netykieta to takie nowe słowo, czyli etykieta
+ Internet = regulamin internetowego forum, określający etykę postępowania
jego uczestników.
W zupełnie nieodpowiedzialny sposób naruszono dobra osobiste polityków –
posłów Elżbiety Radziszewskiej, Haliny Molki, Bogdana Bujaka i Artura
Ostrowskiego.
Wypowiedziano kłamliwe i krzywdzące słowa pod adresem byłego prezydenta
miasta Andrzeja Pola.
Sformułowano fałszywe zarzuty wobec Regionalnej Izby Gospodarczej, tak
pożytecznej dla rozwoju miasta organizacji. Dotknięto wyssanymi z palca
informacjami piotrkowskich przedsiębiorców w tym m.in. Adama Banaszczyka,
Witolda Maćkowiaka, Pawła Załogę.
Nieprawdziwe i świadczące o złej woli autora wypowiedzi dotknęły zupełnie
niezasłużenie nasz klub piłki ręcznej kobiet „Piotrcovia”, uderzając tym
samym w zawodniczki, trenerów, działaczy i wiernych kibiców tej dyscypliny
sportu.
Prawdopodobnie uczestnikom tych „dyskusji” wydawało się, że pozostaną
anonimowi w wielkim świecie Internetu. Ale wbrew pozorom, nawet Internet nie
jest gwarancją anonimowości.
Dlatego jako krok we właściwym kierunku, społecznie uzasadniony,
traktujemy ujawnienie w ubiegłym tygodniu na łamach „Tygodnia Trybunalskiego”
niektórych oszczerców. Po zapoznaniu się z dokumentami postępowania
prokuratorskiego pewnym jest przynajmniej to, do kogo należą numery
komputerowe (tzw. IP), z których wysyłane były w świat szkalujące treści.
Jeden, z którego wychodziły na forum internetowe kalumnie, sygnowane
podpisem prezess00, należy do wysoko postawionego pracownika Urzędu Miasta.
Drugi numer przypisany jest przez dostawcę Internetu do urzędnika jednego
z referatów magistratu. Autor korzystający
z tego łącza ukrywał się pod pseudonimem ziolko666.
Trzeci autor, piszący jako zorro2, musiał wykorzystywać dostęp do
Internetu, zainstalowany u byłego członka zarządu miasta z kadencji
samorządowej 1990-94.
Czwarty zaś autor, używający pseudonimu vinci2,
pisywał dzięki urządzeniu zarejestrowanemu u rolnika
z Kamocina.
Ta gorzka nauczka – dla wszystkich sprawców nader zaskakująca – niechaj
będzie skuteczną przestrogą dla ewentualnych przyszłych autorów pomówień, że
nawet w gąszczu internetowych informacji nikt nie może czuć się bezkarnie.
Tym bardziej, że na straży osobistych dóbr człowieka stoją odpowiednie
paragrafy polskiego prawa.
I nie chodzi wcale o żadną cenzurę. Mamy przecież wolność. Ale nie
dowolność. A to – jak się okazuje – jest zasadnicza różnica.
ZARZĄD STOWARZYSZENIA

Piotrków Trybunalski, 26 października 2005 r.
 
 
Proszę zwrócić uwagę na fragmenty dotyczące Z. Włodarczyka. Wiemy wszyscy, pod jakim pseudonimem ukrywał się w internecie, jaki był napastliwy. Ile osób czytało inwektywy pod adresem W. Maćkowiaka? Ilu nieletnich przeczytało o W. Maćkowiaku to, co poniżej opisał Marek Obszarny? Jaki był zasięg przekazu i jego destrukcyjna moc?
 
Przypomnę: Prokuratura zmieniła kwalifikację mojego „czynu” na identyczną, jaką przypisała m.in. Z Włodarczykowi..
Prokuratura Rejonowa w Piotrkowie umorzyła śledztwo w sprawie znieważenia  pana Maćkowiaka.
 
Stwierdziła ta Prokuratura, że Pan Maćkowiak był znieważany – uwaga! – w okresie od 8. grudnia 2004 r. do 17. marca następnego roku.
99 dni.
Przez 99 dni Z. Włodarczyk popełniał przestępstwo. Jak Państwo myślą, jaka jest w prawie polskim definicja „czynu ciągłego”?
 
Dwa lub więcej zachowań, podjętych w krótkich odstępach czasu w wykonaniu z góry powziętego zamiaru, uważa się za jeden czyn zabroniony, jeżeli przedmiotem zamachu jest dobro osobiste, warunkiem uznania wielości zachowań za jeden czyn zabroniony jest tożsamość pokrzywdzonego.
 
Przepis ten normuje instytucję tzw. czynu ciągłego, to jest czynu zabronionego popełnianego niejako "na raty".
Zgodnie z brzmieniem przepisu jeden czyn zabroniony zachodzi wtedy, gdy występują łącznie następujące elementy:
1. dwa lub więcej zachowań
2. podjęte w krótkich odstępach czasu
3. wykonane z góry powziętym zamiarem

Z czynem ciągłym mamy do czynienia, jeżeli sprawca obejmuje swym z góry powziętym zamiarem wszystkie zachowania, jakie się na ten czyn składają. Mówiąc inaczej - sprawca już na wstępie zakłada, iż popełni przestępstwo składające się z kilku zachowań, czyli w pewnym sensie "na raty", albo co najmniej możliwość taką dopuszcza.
§ 2. Kto znieważa inną osobę za pomocą środków masowego komunikowania, podlega grzywnie, karze ograniczenia wolności albo pozbawienia wolności do roku.
To, co zarzuca się mnie, jest zagrożone mniejszą karą:

Art. 216. § 1. Kto znieważa inną osobę w jej obecności albo choćby pod jej nieobecność, lecz publicznie lub w zamiarze, aby zniewaga do osoby tej dotarła, podlega grzywnie albo karze ograniczenia wolności.
Nie jestem prawnikiem, ale zastanawiam się: co to znaczy „publicznie”? Bo jeżeli publiczność to dwie osoby, to w porządku. Tylko to trochę się kłóci ze zdrowym rozsądkiem. Jeżeli chodzi o zgromadzenia publiczne - sprawa jest przynajmniej jasna:
„Zgromadzeniem publicznym, jest zgrupowanie co najmniej 15 osób w celu wspólnego wyrażenia stanowiska lub w celu wspólnych obrad zorganizowane na otwartej przestrzeni dostępnej dla nieokreślonych imiennie osób (art. 1.1, art.6. 1)”
 Granica 15 osób jest ważna - jeśli manifestuje mniej niż 15 osób, to nie jest to zgromadzenie publiczne, czyli nie musimy ubiegać o pozwolenie na organizację takiej manifestacji.
Ale ja mam się znaleźć w KRS, żeby się mnie pozbyć raz na zawsze. W jupiterach ślepej Temidy.
Wszystko jasne.
Kim, pytam jeszcze raz: kim jest Z. Włodarczyk, że jako osobę prywatną, która działając czynem ciągłym popełniła przestępstwo, jakie mnie się zarzuca obecnie, do czego sam swoimi przestępstwami doprowadził, Prokurator tak ochoczo bierze pod swoje skrzydła? Skoro odmówił ich panu Maćkowiakowi? Ktoś powie, że to nie ten sam Prokurator?
 Wojnarski dwa razy zatelefonował i to jest czyn ciągły, za który ma figurować w KRS.
Poza tym nie byłoby „publicznie”, gdyby Z. Włodarczyk tego nie opublikował. To on sam, nieprzymuszony, włączył tryb głośnomówiący i naśmiewał się ze zdenerwowania Wojnarskiego. Włodarczyk się tak strasznie przestraszył tych telefonów, że zemdlał na miejscu, a następnie okopał się w Kamocinie i nie wychodził przez miesiąc z domu.
§ 3. Jeżeli zniewagę wywołało wyzywające zachowanie się pokrzywdzonego albo jeżeli pokrzywdzony odpowiedział naruszeniem nietykalności cielesnej lub zniewagą wzajemną, sąd może odstąpić od wymierzenia kary..
Włodarczyk mnie upadla, pozbawia środków do życia, kpi sobie z przysługujących mi praw... Co takiego musi zrobić, żeby uznano jego zachowanie za wyzywające?
Jest w tej sprawie jeszcze jeden ciekawy wątek. Otóż ktoś podobno wysłał jakieś obelgi pod adresem Włodarczyka na formularzy szkoły, nazywając go tam przestępcą. Dlaczego go porzucono?
 
                                    Wycinek z gazety
 
Zazdroszczę panu Maćkowiakowi pieniędzy: one pozwoliły nie ciągnąć tego bagna dalej. To dzięki nim pewne osoby nigdy nie wejdą nawet do przedpokoju jego domu, nawet nie przyjdzie im to do głowy, bo wiedzą dobrze, że usłyszą: pana nie przyjmujemy.
Dlaczego sprawa o przywrócenie mnie do pracy tak się wlecze, tylko sprawa karna jest załatwiana w tempie kolei TGV? Liski-chitruski wymyśliły.
 
Nie ma na mnie nic. Wiecie, Państwo, co to jest nic. Dlatego podczas posiedzenia Komisji Rewizyjnej w Urzędzie Miasta przyszedł z panem Wolskim. Pan Wolski miał za zadanie zdyskredytować mnie i poniżyć w oczach obecnych. Ale – czy gdybym była nawet najgorszą mendą ze śmietnika i oświadczyła, że Ziemia krąży wokół słońca, ona by stanęła w miejscu?
 
Jedyne, czego się Z. Włodarczyk czepia – to moja choroba. Wie o niej dużo, w jego Rodzinie ludzie padali, jak muchy. Czy on sam jest na krawędzi? Proszę Boga, żeby nie. Nie dlatego, że mu tak dobrze życzę, nie, aż taką chrześcijanką nie jestem.
Po prostu – gdyby zachorował, zrobiłoby mi się go żal. A współczucie z Z. Włodarczykiem jest jednym z moich ostatnich pragnień.
 
Wyrok Sądu Karnego jest mu potrzebny i to na cito. Skazana prawomocnym wyrokiem, zostaję wydalona z zawodu. Dlatego jest to wszystko takie obrzydliwe. Jak z naganą.
Tylko, że ja wtedy jeszcze wierzyłam w coś sprawiedliwego na dole, a teraz już nie. Liczyłam na coś, na poszanowanie jakichś norm, a teraz już nie. Jedyne, w co wierzę, to mój Bóg. Więc – paradoksalnie jestem bliżej zbawienia, niż kiedyś, kiedy wybaczyłam i natychmiast zostałam powtórnie zdradzona.
 
Sprawa ze świadectwem pracy nie załatwiona od 23 maja 2010 roku. To chyba jakiś rekord w skali kraju?
 
Sprawa o przywrócenie do pracy ugrzęzła. Zaginęła w akcji. Gdyby mnie skazano, w ogóle nie byłaby potrzebna, prawda, vinci2?
 
                                                                            Art. 32.
  1. Wszyscy są wobec prawa równi. Wszyscy mają prawo do równego traktowania przez władze publiczne.
Nikt nie może być dyskryminowany w życiu politycznym, społecznym lub gospodarczym z jakiejkolwiek przyczyny.
 
 
WTOREK 12.04.2011

Hołdys: "Jarosław Kaczyński to chuj!"

Słowa kluczowe: Zbigniew Hołdys, Jarosław Kaczyński

Zbigniew Hołdys jeszcze niedawno zapewniał, że nie będzie więcej komentował polityki. Szybko mu jednak przeszło. Powrót do redakcji Wprost sprawił, że postanowił mocno zaatakować lidera Prawa i Sprawiedliwości. Muzyk otrzymał od Tomasza Lisa pozwolenie na publikacje kontrowersyjnych wypowiedzi. Redaktor naczelny gazety stwierdził: Zamykamy oczy, niech Hołdys pisze, co chce.

Zapewne takiej wypowiedzi Hołdysa by jednak nie opublikował. W komentarzu dla miesięcznika Press artysta wypowiedział się na temat niedawnych obchodów rocznicy katastrofy w Smoleńsku, a także dobitnie wyraził stosunek jaki ma wobec Jarosława Kaczyńskiego, którego, przypomnijmy, nazwał już publicznie "ponurym chujem":

Bo akurat to jest dla mnie chuj - wyjaśnia. Człowiek, który tak strasznie podzielił naród, wprowadził do polityki element nienawiści, szczucia Polaków na Polaków, tak to jest chuj. Pewnie znalazłoby się jakieś mocne słowo z kolekcji tych eleganckich, ale wolę powiedzieć moim emocjonalnym językiem – powiedział w rozmowie z miesięcznikiem.

Jak myślicie, co można jeszcze powiedzieć o Jarosławie Kaczyńskim, żeby się wyróżnić? Jak mocniej jeszcze Hołdys może go obrazić i nienawidzić?
Na ile stawek dziennych został skazany Zbigniew Hołdys?
  
Zapraszam wszystkich zainteresowanych na rozprawę przed Sądem Okręgowym:




 

PROKURATURA, CZ.I

PROKURATURA
 
Jestem przestępcą. Jestem przestępcą skazanym przez niezawisły Sąd Rzeczypospolitej Polskiej. Jestem skazana za to, że podobno użyłam wobec pana Włodarczyka określenia „chuj”. Tak na dobrą sprawę nikt mi tego nie udowodnił.
 
Art. 216. § 1. Kto znieważa inną osobę w jej obecności albo choćby pod jej nieobecność, lecz publicznie lub w zamiarze, aby zniewaga do osoby tej dotarła, podlega grzywnie albo karze ograniczenia wolności.
§ 2. Kto znieważa inną osobę za pomocą środków masowego komunikowania, podlega grzywnie, karze ograniczenia wolności albo pozbawienia wolności do roku.
§ 3. Jeżeli zniewagę wywołało wyzywające zachowanie się pokrzywdzonego albo jeżeli pokrzywdzony odpowiedział naruszeniem nietykalności cielesnej lub zniewagą wzajemną, sąd może odstąpić od wymierzenia kary.
§ 4. W razie skazania za przestępstwo określone w § 2 sąd może orzec nawiązkę na rzecz pokrzywdzonego, Polskiego Czerwonego Krzyża albo na inny cel społeczny wskazany przez pokrzywdzonego.
§ 5. Ściganie odbywa się z oskarżenia prywatnego.
                   
 
                   
 
 To za Twoje, drogi Czytelniku, pieniądze, dwóch panów prokuratorów roztoczyło parasol ochronny przed mentalnie, społecznie, finansowo bezbronnym panem Zbigniewem Włodarczykiem. Właściwie – dwóch prokuratorów pracowało nade mną za Twoje, podatniku, pieniądze.
 
Co się stało? Jak doszło do czegoś podobnego?
 
Otóż po bezprawnym zwolnieniu mnie z pracy, Z. Włodarczyk przysyła mi następujące dokumenty:
                 
 
Dyrektor nie dopełnia ważnego obowiązku: nie przesyła do ZUS mojego zwolnienia lekarskiego. W przypadku bowiem choroby pracownika na przełomie zatrudnienia, pracodawca powinien przekazać oryginał zaświadczenia lekarskiego wraz z prawidłowo wypełnionym drukiem Z-3 do Zakładu Ubezpieczeń Społecznych. W firmie zostają potwierdzone za zgodność kopie dokumentów – art. 6 ust. 1, art. 13. ust. 1, art. 61 ust. 1 pkt 2d i ust. 3 ustawy z 25.06.1999r. o świadczeniach pieniężnych z ubezpieczenia społecznego w razie choroby i macierzyństwa (Dz.U. Nr 65, poz 267 ze zm.), § 1 ust. 1 pkt 1 i § 3 rozporządzenia Ministra Pracy i Polityki Socjalnej z 27.07.1999r. w sprawie określenia dowodów stanowiących podstawę przyznania i wypłaty zasiłków z ubezpieczenia społecznego w razie choroby i macierzyństwa (Dz. U. Nr 65, poz. 742 ze zm.).
 
Zwolnienie lekarskie 10.05.2010r. – 1.06.2010r. dostarczyłam do ZUS po jego otrzymaniu, 16.06.2010r. Wówczas bowiem dopiero dotarły do mnie dokumenty wymienione w wyżej zeskanowanym piśmie.
Wcześniej jednak, dnia 2. czerwca chciałam złożyć w ZUS kolejne zwolnienie lekarskie: 2.06.2010r. – 25.06.2010r. Inspektor powiedziała mi, że nie może przyjąć zwolnienia, ponieważ nie mam jeszcze świadectwa pracy. Poleciła mi zanieść zwolnienie do zakładu pracy, jeżeli do poniedziałku, 7. czerwca,  nie otrzymam świadectwa pracy. Tak też zrobiłam. Stąd moja wizyta w szkole.
 
Jestem w sekretariacie przed ósmą. Chcę złożyć zwolnienie na dziennik. Sekretarz szkoły, pani Urszula, odmawia. Próbuję wytłumaczyć sytuację, bezskutecznie. Pani Urszula mówi mi o wydanym przez dyrektora Włodarczyka zakazie przyjmowania ode mnie jakichkolwiek pism (!). Idzie po pomoc do księgowej. Księgowa stanowczo stwierdza, że nie mam prawa składać zwolnienia w sekretariacie, bo nie jestem już pracownikiem szkoły. Nadal próbuję wyjaśnić sytuację. Księgowa podnosi głos, ja również. Bezustannie słyszę tylko jedno: „pan dyrektor zakazał, pan dyrektor zakazał...”
Wtedy powiedziałam: „nawet gdyby w piśmie było napisane, że dyrektor jest chujem, to musi pani to pismo przyjąć”. To dokładnie przekazano Włodarczykowi i on sam dokładnie tak zeznał.
 
 Nie przyjęła zwolnienia. Wysłałam je pocztą na adres szkoły. Wkrótce do mnie wróciło.
Pierwsze świadczenie z ZUS otrzymałam 8.lipca 2010r...
 
2. września 2010r. byłam przesłuchiwana.
5. listopada 2010r. wystosowano akt oskarżenia:
 
                   
 
Sędzia zmieniła kwalifikację czynu. Zostałam skazana – jak w wyroku.
 
Przytoczę teraz kilka artykułów z kodeksu karnego:
 
 
Art. 19.  § 1. W razie stwierdzenia w postępowaniu karnym poważnego uchybienia w działaniu instytucji państwowej, samorządowej lub społecznej, zwłaszcza gdy sprzyja ono popełnieniu przestępstwa, sąd, a w postępowaniu przygotowawczym prokurator, zawiadamia o tym uchybieniu organ powołany do nadzoru nad daną jednostką organizacyjną, zaś w razie potrzeby także organ kontroli. Policja powiadamia prokuratora o ujawnionych przez siebie uchybieniach.
 
Art. 60.  § 1. W sprawach o przestępstwa ścigane z oskarżenia prywatnego prokurator wszczyna postępowanie albo wstępuje do postępowania już wszczętego, jeżeli wymaga tego interes społeczny.
 
Postępowanie przygotowawcze
ROZDZIAŁ 33
Przepisy ogólne
Art. 297.  § 1. Celem postępowania przygotowawczego jest:
1) ustalenie, czy został popełniony czyn zabroniony i czy stanowi on przestępstwo,
2) wykrycie i w razie potrzeby ujęcie sprawcy,
3) zebranie danych stosownie do art. 213 i 214,
4) wszechstronne wyjaśnienie okoliczności sprawy, w tym ustalenie osób pokrzywdzonych i rozmiarów szkody,
5) zebranie, zabezpieczenie i utrwalenie dowodów dla sądu tak, aby rozstrzygnięcie sprawy nastąpiło na pierwszej rozprawie głównej.
§ 2. W postępowaniu przygotowawczym należy dążyć także do wyjaśnienia okoliczności, które sprzyjały popełnieniu czynu.
Wszczęcie śledztwa
Art. 303.  Jeżeli zachodzi uzasadnione podejrzenie popełnienia przestępstwa, wydaje się z urzędu lub na skutek zawiadomienia o przestępstwie postanowienie o wszczęciu śledztwa, w którym określa się czyn będący przedmiotem postępowania oraz jego kwalifikację prawną.
Art. 304.  § 1. Każdy dowiedziawszy się o popełnieniu przestępstwa ściganego z urzędu ma społeczny obowiązek zawiadomić o tym prokuratora lub Policję. Przepis art. 191 § 3 stosuje się odpowiednio.
§ 2. Instytucje państwowe i samorządowe, które w związku ze swą działalnością dowiedziały się o popełnieniu przestępstwa ściganego z urzędu, są obowiązane niezwłocznie zawiadomić o tym prokuratora lub Policję oraz przedsięwziąć niezbędne czynności do czasu przybycia organu powołanego do ścigania przestępstw lub do czasu wydania przez ten organ stosownego zarządzenia, aby nie dopuścić do zatarcia śladów i dowodów przestępstwa.
§ 3.  Zawiadomienie o przestępstwie, co do którego prowadzenie śledztwa przez prokuratora jest obowiązkowe, lub własne dane świadczące o popełnieniu takiego przestępstwa Policja przekazuje wraz z zebranymi materiałami niezwłocznie prokuratorowi.
W przypadku przestępstw internetowych, a szczególnie czynów zniesławienia lub zniewagi (art. 212 i art. 216 kodeksu karnego) popełnionych z wykorzystaniem serwisów społecznościowych, objęcie przez prokuratora ściganiem z urzędu takich czynów powinno być czynione obligatoryjnie. Jest to bowiem uzasadnione oczywistym interesem społecznym, jakim jest umożliwienie pokrzywdzonemu realizacji konstytucyjnego prawa do rozpatrzenia sprawy przez sąd, a ponadto trudnościami w dokonaniu w takim wypadku oceny, czy istnieje interes społeczny wymagający ingerencji prokuratora.
Skoro bowiem sprawca pozostaje nieznany, a pokrzywdzony ma ograniczone prawnie możliwości jego ustalenia, to jest to niewątpliwie sytuacja, w której udział prokuratora w postępowaniu jest uzasadniony ze względu na interes społeczny.
Kwestia istnienia lub braku „interesu społecznego” jest tutaj zatem kluczowa. Zgodnie ze stanowiskiem literatury interes społeczny w ściganiu przestępstw prywatnoskargowych zachodzi wówczas, gdy czyn przestępny godzi bezpośrednio nie tylko w chronione prawem interesy pokrzywdzonego, ale także w dobra ogólne. Za takie dobro ogólne należałoby uznać również prawo do sądu.
 
Ponadto zgodnie z art. 60 § 1 kodeksu postępowania karnego, w sprawach o przestępstwa ścigane z oskarżenia prywatnego prokurator może wszcząć postępowanie (objąć je ściganiem z urzędu), jeżeli uzna, że wymaga tego interes społeczny. Interes społeczny w ściganiu przestępstw prywatnoskargowych zachodzi wówczas, gdy czyn przestępny godzi bezpośrednio nie tylko w chronione prawem interesy pokrzywdzonego, ale także w dobra ogólne.
 
Po co ja przytaczam te wszystkie artykuły? Aby Państwu pokazać, jak wobec mnie jest stosowane konstytucyjne prawo do równego traktowania, na przykład.
 
W postępowaniu karnym stwierdzono ponad wszelką wątpliwość poważne uchybienia w działaniu instytucji samorządowej, jaką jest bez wątpienia szkoła publiczna. Dyrektor popełnił przestępstwo z art. 219 KK:
 
Art. 219. Kto narusza przepisy prawa o ubezpieczeniach społecznych, nie zgłaszając, nawet za zgodą zainteresowanego, wymaganych danych albo zgłaszając nieprawdziwe dane mające wpływ na prawo do świadczeń albo ich wysokość,
podlega grzywnie, karze ograniczenia wolności albo pozbawienia wolności do lat 2.
 
Dyrektor olał ZUS dwukrotnie i właśnie dlatego pozostałam bez środków do życia i ten fakt właśnie wywołał u mnie silne wzburzenie. To wszystko jest w aktach i zostało powtórzone w sali sądowej. Powtarzam:
 
Art. 19.  § 1. W razie stwierdzenia w postępowaniu karnym poważnego uchybienia w działaniu instytucji państwowej, samorządowej lub społecznej, zwłaszcza gdy sprzyja ono popełnieniu przestępstwa, sąd, a w postępowaniu przygotowawczym prokurator, zawiadamia o tym uchybieniu organ powołany do nadzoru nad daną jednostką organizacyjną, zaś w razie potrzeby także organ kontroli. Policja powiadamia prokuratora o ujawnionych przez siebie uchybieniach.
 
Prokurator był głuchy i ślepy, i zajęty naprawianiem którejś ze swoich pozostałych protez, czy jak?
Jest jak wół napisane: zawiadamia. Tu nie ma mowy o żadnym woluntaryzmie.
 A zatem Prokurator nie stwierdził...Achaaaa...
 
Moje pytanie dziecinne jest takie: co musi zrobić Z. Włodarczyk, żeby Prokurator stwierdził? Zgwałcić córkę lub syna tego Prokuratora, czy jak? E, tam, pal licho dzieci.
 Może zatem wystarczyłby jakiś mały pucz wojskowy?
 
 
Ten ...ten...vinci2 permanentnie mnie okradał, a kiedy już nie miał, jak...o tym w rozdziale: Szkoła i moje finanse. A ja mam zachować spokój. Z. Włodarczyk zachowuje spokój za nas oboje. Za to wówczas, kiedy czuje się nierozpoznawalny... staje się wielkim językoznawcą.
 
 
Zmieniono kwalifikację czynu, który mógłby być od tej chwili ścigany jedynie z oskarżenia prywatnego. Ale nie mógłby być, ponieważ nastąpiło przedawnienie roszczeń. I tu z odsieczą nadciąga prokurator, obejmując mój czyn ściganiem z urzędu. Wówczas przedawnienie odsuwa się w czasie.
 
Sprytne. Ściganie z oskarżenia publicznego stanowi tu odstępstwo od zasady, że ściganie przestępstw prywatnych należy do pokrzywdzonego, a idea tego wyjątku zasadza się na istnieniu interesu społecznego w ściganiu publicznym, przeto prokurator pozostaje tu dysponentem skargi jako publicznej.
 
Kwestia istnienia lub braku „interesu społecznego” jest tutaj zatem kluczowa. Zgodnie ze stanowiskiem literatury, interes społeczny w ściganiu przestępstw prywatnoskargowych zachodzi wówczas, gdy czyn przestępny godzi bezpośrednio nie tylko w chronione prawem interesy pokrzywdzonego, ale także w dobra ogólne. Za takie dobro ogólne należałoby zatem uznać również prawo do ukrycia powodów mojego zachowania, prowokacji, działań niezgodnych z prawem?
 
Pomyślmy zatem, jakiego to czynu wyjątkowo szkodliwego społecznie się dopuściłam?
 
Od chwili, kiedy pan Włodarczyk został dyrektorem Szkoły, usilnie stara się mnie pozbyć. W rozdziale „Potyczki z lekarzami” przedstawiłam pewne sposoby, które stosował, ale mało skuteczne. W rozdziale „Dyrektor i pracownik” opisałam czyny, jakich się dopuścił, aby w świetle jupiterów pozbawić mnie dobrego imienia i źródła utrzymania. W rozdziale „Pan dyrektor i prawo” umieściłam pozostałe fakty świadczące o nadzwyczajnym szacunku pana Włodarczyka dla obowiązujących przepisów prawa.
 
Jak się może okazać po zaznajomieniu się z dokumentami, które umieszczam na tej stronie, że, zgodnie z piśmiennictwem, potwierdzi to, że niekiedy przeprowadzony rachunek „zysków i strat” związanych z postępowaniem sprawia, że wszczęcie postępowania sądowego może „pokrzywdzonemu” przynieść więcej szkody niż korzyści. W pewnych sytuacjach związki ze sprawcą przestępstwa powinny kazać pokrzywdzonemu preferować nieukaranie sprawcy przez niewniesienie oskarżenia. Poza tym w komentarzach prawnych wyraźnie stwierdza się, że na gruncie art. 60 k.p.k. (art. 50 d.k.p.k.) interes ów łączono ze stopniem społecznego niebezpieczeństwa czynu, przytoczeniem przykładowych okoliczności uzasadniających ingerencję prokuratora. Do tych okoliczności zaliczono np. chuligański charakter czynu, szczególny złośliwy charakter działania sprawcy, wielokrotną recydywę, wywołanie poważnych szkód moralnych i materialnych w następstwie zniesławienia, używanie w obecności nieletnich słów grubiańskich, zawiłość sprawy, trudności dowodowe, nagminność danych czynów w danej miejscowości, bezradność i trudną sytuację życiową pokrzywdzonego (w tym niemożność należytej obrony ze względu na wiek, brak środków materialnych, znaczną odległość od właściwego miejscowo sądu, nieściganie z powodu zależności od oskarżonego lub jego bliskich krewnych czy przełożonych)…
 
Jak widzimy, jest bardzo wiele przyczyn, dla których prokurator objął ściganiem mój „czyn”: jestem chuliganem,  ja jestem złośliwa i ja  łamię prawa pracownicze, jestem recydywa. Zaś pan Włodarczyk jest osobą niezaradną życiowo w podeszłym wieku, ma niezwykle trudną sytuację życiową, żyje w niedostatku i boi się mnie, bo jest ode mnie zależny.
 
Chyba, że czynem wyjątkowo szkodliwym społecznie było wielokrotne zwracanie uwagi na łamanie praw pracowniczych przez dyrektora Z. Włodarczyka. Szkodziłam zapyziałemu, zrezygnowanemu, zastraszonemu społeczeństwu w ten sposób, że mogłam mu przerwać chocholi taniec i społeczeństwo by sobie nie poradziło z nadmiarem gwałtownie uzyskanej możliwości o samostanowieniu, co popularnie, choć błędnie, nazywane jest wolnością. Zwłaszcza wyboru.
 
Wolność nie polega na tym, że się robi, co się chce, wolność polega na możliwości wyboru. Cytowałam z pamięci.
To już przecież jest Biblii...
 
Otóż vinci2 pozbawił mnie rzeczy niezbywalnej: możliwości wyboru.
 
Nie mam wielkiej wiary w to, że dotrze to kiedykolwiek do Z. Włodarczyka, ale, na litość, jeżeli jakiś obywatel nie chce się, nieważne z jakich powodów, podporządkować Prawu, to się go jakoś moderuje w tym Państwie Prawa. Czy nie?
 
Znam taką jedną panią, która dzień w dzień i dzień po dniu doprowadzała swojego męża do szewskiej pasji. Wykorzystywała do tego celu także dzieci. Po cichutku i z uśmiechem na twarzy, godzina po godzinie, dręczyła go, raz ciszej, raz głośniej. Doprowadziła do tego, że któregoś razu, po powrocie z pracy, mąż trzasnął ją po twarzy. No i się doigrał. Pani dorobiła sobie własnoręcznie parę sińców, dokonała obdukcji, była już wszędzie; zgłosiła się do błękitnej linii, wzywała dziesiątki razy policję (nie szkodzi, ze bezpodstawnie, ślad w protokole jest). O co chodzi? O to, o co zwykle: pan zarabia bardzo dużo, pani brzydzi się pracą i ma w planach rozwód z wyłącznej winy męża…
Niestety, ten numer nie przeszedł, bo są jeszcze świadkowie, a i dzieci mają coś do powiedzenia, zwłaszcza psychologowi. I najważniejsze: niezawisły Sąd zważył wszystkie okoliczności i doszedł do prawdy: kobieta swoim zachowaniem prowokowała męża, więc nie może być mowy o jego winie. I jeszcze otrzymała ostrzeżenie, że jeżeli się nie uspokoi, może stracić dzieci. Uspokoiła się. Przeliczyła wspomniane „zyski i straty”.
 
Ale to jest inna bajka, z innej, niż piotrkowska, rzeczywistości.
 
 
Pan Włodarczyk swoją arogancją, popartą poczuciem zupełnej bezkarności, przy zupełnym braku jakiejkolwiek kontroli, naprawdę dużo wcześniej wyprowadziłby samego Świętego Franciszka z równowagi.
Nie udało się z lekarzem – uda się z sądem.
 
Dopiero po moim piśmie do Sądu Apelacyjnego wyznaczono termin rozprawy apelacyjnej o przywrócenie mnie do pracy.
W tak zwanym międzyczasie zostałam oskarżona o …jak wyżej.
Sąd pierwszej instancji skazał mnie.
Jako skazana prawomocnym wyrokiem, byłabym pozbawiona prawa wykonywania zawodu.
 Proste.


 
Moje kontakty z prokuraturą sięgają 18 września 2009 roku, kiedy wniosłam o wszczęcie postępowania przygotowawczego wobec dyrektora Szkoły Podstawowej nr 8, w związku z popełnieniem przestępstwa określonego w art.218 §1 Kodeksu Karnego.
 
W dniu 26 października 2009 roku zawiadomiłam Prokuraturę o popełnieniu przez wymienionego dyrektora przestępstwa określonego w artykule 271 §1 Kodeksu Karnego .
 
W tym samym dniu wniosłam o wszczęcie postępowania przygotowawczego wobec dyrektora Szkoły Podstawowej nr 8 w związku z popełnieniem przestępstwa określonego w art. 207 §1 Kodeksu Karnego.
 
Zostałam przesłuchana przez pracownika Policji, mam nadzieję, i zbadano również załączone dokumenty, a następnie otrzymałam postanowienie o odmowie wszczęcia dochodzenia wobec braku znamion czynu zabronionego.
 Składam zażalenie .
 Prokurator Rejonowy nie przychylił się do złożonego przeze mnie zażalenia.
Prokuratura Okręgowa podobnie.
Sąd Rejonowy w Piotrkowie Trybunalskim II Wydział Karny w dniu 4 marca 2010r. – podobnie.
 
Koniec.
 
Ale jest w tym wszystkim rzecz ważna: w postanowieniu z dnia 10.11.2009r. nadkomisarz stwierdza, że „wydane przez Sąd Pracy orzeczenie będzie jednoznacznie stanowić, czy działania dyr. Zb. Włodarczyk były niezgodne z obowiązującymi przepisami prawa pracy…
 
Otóż wyrok Sądu nie pozostawia w tym względzie żadnych wątpliwości: były niezgodne z prawem:
 
                       
 
 Następne też były niezgodne z prawem:
                   

O AKTACH OSOBOWYCH PRACOWNIKA SP8

DZIWNE LOSY MOICH AKT OSOBOWYCH


                       
 
Tu po raz pierwszy chyba -  moje akta osobowe są niedostępne organowi kontroli.
 
Nie ma moich akt osobowych przez cały czas trwania spraw sądowych o sprostowanie mojego świadectwa pracy. Rozprawy są odraczane, trwają przepychanki między Wydziałami w Sądzie.
Nie ma moich akt ani w toku sprawy IV P 193/10, ani IV P 269/10.
 
W dniu 16 czerwca 2010r. wystąpiłam do Sądu Rejonowego w Piotrkowie Trybunalskim o nakazanie spełnienia podstawowego świadczenia Pracodawcy: wydania mi świadectwa pracy wolnego od błędów.
 
Na posiedzeniu Sądu w dniu 29 czerwca 2011r. Sąd zobowiązał stronę pozwaną do złożenia moich akt osobowych w sądzie. Dyrektor Szkoły nie wywiązał się z obowiązku dostarczenia dowodów ani nie wytłumaczył się z tego. W moim odczuciu powaga sądu doznała ujmy.
 
Gdyby nie postawa pozwanego, Z. Włodarczyka, Sąd dawno rozstrzygnąłby spór, ponieważ trudno moją sprawę nazwać zawiłą. Dotyczy ona nakazania sporządzenia i wydania pracownikowi świadectwa pracy wolnego do błędów.
 
Normalnie, to się chyba odbywa tak: pracodawca bierze akta osobowe, otwiera w przedziałce, gdzie jest przebieg pracy pracownika, odnajduje umowy i wklepuje treść w druk świadectwa. Czy ja się mylę, panie Włodarczyk? Następnie daje się to pracownikowi do łapy albo wysyła poleconym za potwierdzeniem odbioru i idzie z kumplami na piwo. TAK, CZY NIE? może jeszcze łyżeczkę chrzanu? Jężeli ktoś lubi?
 
Nie ma w moich aktach osobowych umowy, że jestem zatrudniona jako wychowawca świetlicy 26/26h. Nie ma. Z. Włodarczyk ma cztery wyjścia:
 
1.      Zjeść moje akta osobowe.
2.      Dokonać ich zniszczenia, na przykład poprzez podpalenie szkoły (ta szkoła już to przeżyła w podobnych okolicznościach: chodziło o zniszczenie dowodów winy).
3.      Sfałszować mój podpis.
4.      Przyznać się.
 
Przy której opcji się Państwo zaśmiali?
 
Oprócz poświadczenia nieprawdy przez funkcjonariusza publicznego, mamy tutaj jeszcze supeł: niesprostowanie świadectwa pracy uniemożliwia Sądowi rozpatrzenie apelacji, sygn. akt: V Pa 15/10 w sprawie o przywrócenie do pracy. Włodarczyk działa celowo; utrudnia pracę wymiarowi sprawiedliwości.
Co na to niezawisły sąd?
 
          
Jeden rok i pięć miesięcy. Zaczyna już artykułować pierwsze słowa trzysylabowe.
 
W dniu 16 czerwca 2010r. wystąpiłam do Sądu Rejonowego w Piotrkowie Trybunalskim o nakazanie spełnienia podstawowego świadczenia Pracodawcy: wydania mi świadectwa pracy wolnego od błędów.
Do dnia dzisiejszego żądanie moje nie zostało spełnione.
 
Interesy: mój i Pracodawcy są przeciwstawne: ja domagam się potwierdzenia stanu faktycznego, zaś Pracodawca stanu tego potwierdzić nie chce i w tym celu ukrywa dokumenty i dowody, od których zależy ustalenie stanu faktycznego, co pozwoliłoby Sądowi rozstrzygnąć sprawę bez nieuzasadnionej zwłoki.
 
Mój wniosek o sprostowanie świadectwa pracy jest rozpatrywany przez Sąd Rejonowy po raz drugi; poprzednio toczyły się rozprawy w sprawie sygn. akt: IV P 193/10. Podczas rozprawy w dniu 2 listopada, zgłosiłam Sądowi wniosek o zobowiązanie dyrektora szkoły do złożenia w Sądzie  umowy o pracę, w oparciu o którą byłam rzekomo zatrudniona jako wychowawca świetlicy szkolnej 26/26h. i dołączenie jej do akt sprawy.
 
Po pięciominutowej przerwie, zarządzonej przez Przewodniczącego, Sąd oddalił mój wniosek bez podania przyczyn. I podczas tej samej rozprawy Sąd oddalił powództwo.
 
Po odrzuceniu mojego wniosku o sprostowanie drugiego świadectwa pracy – sygn. akt: 269/10 oraz uwzględnieniu mojego zażalenia  na postanowienie Sądu, sprawa powróciła do Sądu Rejonowego.
 
Na posiedzeniu Sądu w dniu 29 czerwca 2011r. Sąd zobowiązał stronę pozwaną do złożenia moich akt osobowych w sądzie. Dyrektor Szkoły nie wywiązał się z obowiązku dostarczenia dowodów ani nie wytłumaczył się z tego. W moim odczuciu powaga sądu doznała ujmy.
 
Nie istnieje żadna obiektywna przyczyna, dla której Sąd nie może zapoznać się moimi aktami osobowymi.
 
Dyrektor Szkoły Podstawowej nr 8, Z. Włodarczyk celowo doprowadza do powstania nieuzasadnionej zwłoki w postępowaniu sądowym. Gdyby nie postawa pozwanego, Sąd dawno rozstrzygnąłby spór, ponieważ trudno moją sprawę nazwać zawiłą. Dotyczy ona nakazania sporządzenia i wydania pracownikowi świadectwa pracy wolnego do błędów.
 
Wyrok Sądu, na który powołuje się Z. Włodarczyk uprawomocnił się 11. stycznia 2011 roku.
 
Z. Włodarczyk bezprawnie zwolnił mnie 23. maja 2010 roku.
 
21. października 1011r. Sąd nakazał sprostowanie świadectwa pracy. Ale sobie jeszcze na nie poczekam, bo chcę przeczytać wyrok i jego uzasadnienie.
 
Kilka słów o sposobie prowadzenia moich akt osobowych.
 
 
Przede wszystkim – moje akta osobowe mogłam zobaczyć dopiero w sądzie, przed sprawą z 21. października 2011r., kiedy szkoła raczyła je wreszcie Sądowi udostępnić. Co ja tam widzę?
 
Przede wszystkim nie istnieje część C. Dokumenty związane ze zwolnieniem mnie są umieszczone w żółtym segregatorze, dołączonym do akt. Bez jakiegokolwiek porządku chronologicznego. Bez numeracji. Bez wykazu dokumentów. Wykaz dokumentów kończy się na numerze 214 i jest to pismo: „Stanowisko pracodawcy po rozpatrzeniu sprzeciwu...” z dnia 19. października 2009 roku. Nie, nie pomyliłam się w dacie.
 
Przede wszystkim brak karty 186. Brak karty 189. Po numerze 185 numery są poprawiane korektorem. Co na to PIP?
Przypominam, że moje akta osobowe w opisanym stanie widział Sąd...
Ponadto we wspomnianym żółtym czymś znajduje się kserokopia mojego zwolnienia lekarskiego od 2.06.2010r. do 25.06.2010r. Jest tam pieczątka z datą wpływu: 07.06.2010r. Jakimż to się cudem stało, skoro tego dnia miała miejsce osławiona awantura o to, że sekretariat nie przyjął mojego zwolnienia, które później wysłałam pocztą i które do mnie pocztą wróciło...
 
Przepisy dotyczące zasad związanych z prowadzeniem akt osobowych pracowniczych zawiera rozporządzenie Ministra Pracy i Polityki Socjalnej z dnia 28 maja 1996 r. w sprawie zakresu prowadzenia przez pracodawców dokumentacji w sprawach związanych ze stosunkiem pracy oraz sposobu prowadzenia akt osobowych pracownika (Dz. U. Nr 62, poz. 286 z późn. zm.). Zgodnie z § 6 ust. 3 rozporządzenia dokumenty znajdujące się w poszczególnych częściach akt osobowych powinny być ułożone w porządku chronologicznym oraz ponumerowane; każda z tych części powinna zawierać pełny wykaz znajdujących się w nich dokumentów.
 
Czy będę oskarżona i skazana za to, że nazwę ten stan rzeczy „burdelem”, czy raczej powinnam powiedzieć, że jest to „dom publiczny”? A może „agencja towarzyska”?

NA BRUK I ŚWIADECTWO PRACY


NA BRUK I ŚWIADECTWO PRACY
Działając poza wszelką kontrolą, a może i podżegany do popełnienia przestępstwa, 21. maja 2010 roku funkcjonariusz publiczny po raz kolejny przekracza swoje uprawnienia:
  
                               
 Nie chce mi się wierzyć, że żyję w getcie. A jednak.
 Otrzymuję świadectwo pracy:
  
                               
Ten dokument otrzymałam 16 czerwca 2010 roku. Pominę jego niechlujstwo, będące kolejnym wyrazem lekceważenia mnie (nakładające się okresy zatrudnienia, nie wiem, jak można podpisać taki bubel. Każdy prawnik powie, że jest to poświadczenie nieprawdy), ale ja nigdy nie byłam zatrudniona na stanowisku wychowawcy świetlicy. Poza tym – nie wiem, kiedy mnie zwolniono: 21 czy 24 maja?
 Zaczynam walczyć o sprostowanie świadectwa pracy. Biedny dyrektor nie wie, co ma sprostować. Zwracam się do Sądu o pomoc. Bez rezultatu.
W tak zwanym międzyczasie otrzymuję drugie świadectwo pracy:
                                y
Znowu poświadczenie nieprawdy. Nigdy  nie byłam zatrudniona jako wychowawca świetlicy.
 Walka w Sądzie trwa. Wreszcie 21 października 2011 roku Sędzia nakazuje dokonać sprostowania świadectwa. Nie mam jeszcze wyroku w ręku, ale coś mi się wydaje, że Sędzia wydał wyrok trochę obok. Wszystkiego się dowiem, kiedy przeczytam uzasadnienie. Wkleję je wówczas w „Ciągu dalszym”.

CD KOMISJA DYSCYPLINARNA

    

W piśmie mówię jedynie o nadużywaniu uprawnień, bo przekraczanie uprawnień to sprawa prokuratorska, nie leży w gestii Komisji.
 
W marcu telefonuję do Łodzi i dowiaduję się rzeczy strasznych: pani Hanna Miszewska–Pawlak, po konsultacji z prawnikiem, udziela mi następujących  informacji: moje pismo do Komisji Dyscyplinarnej otrzymało numer wpływu: 9856; numer sprawy to: KO.RDN/1333/22/10/BN/MK; sprawa została umorzona w Piotrkowie Trybunalskim.
 
Dotychczas byłam przekonana, że jeśli obywatel tego państwa skierował pismo do jakiegoś Urzędu, to nawet, jeśli źle je skierował, Urząd prześle obywatelowi informację typu: „Pismo zostało skierowane zgodnie z właściwościami tam i tam…” albo cokolwiek. Niestety, źle mi się wydawało.
 
Po cichu moja skarga została przesłana do Piotrkowa Trybunalskiego i umorzona przez pracownicę Delegatury w Piotrkowie Trybunalskim, panią Mirosławę Kozłowską, podległą p. M. Albinowi, zresztą. Proste?
 
Stronami w sprawie jest OP i dyrektor Włodarczyk. OP prawidłowo i w terminie powiadomiony o niezgodnych z prawem działaniach Z. Włodarczyka, jako dyrektora podległej mu placówki nie robi nic, sprawa zostaje w rodzinie. Czy ja jestem stroną w sprawie? Chyba nie, chociaż to mnie się okrada. W każdym razie – nie zasłużyłam na jakąkolwiek informację.
 
Może ktoś z Was zechce przeczytać Rozporządzenie Ministra Edukacji Narodowej z dnia 22 stycznia 1998 roku w sprawie komisji dyscyplinarnych dla nauczycieli i trybu postępowania dyscyplinarnego… Ciekawe są zwłaszcza passusy o wyłączeniu rzecznika dyscyplinarnego…
 
Właściwie to fajnie: mój pies pogryzł sąsiada. Sąsiad składa skargę. Skarga zostaje przesłana do mnie celem rozpatrzenia. Podoba mi się. Też bym chciała być sędzią we własnej sprawie…
 
43 załączniki. Wszystkie z urzędowymi pieczęciami. 43 dowody na to, że Z. Włodarczyk jest przestępcą.
 
Wszystko zamiecione pod dywan.
Prawica razem.
Prawo i sprawiedliwość.
Orwell jest nieśmiertelny.
 

                                                                SZUCHA
                                      

Ale cofnijmy się w czasie. Dnia 19 listopada 2009r., na wniosek  dyrektora Włodarczyka zostaje wszczęte postępowanie wyjaśniające przez Rzecznika Dyscyplinarnego dla Nauczycieli przy Wojewodzie Łódzkim:
 

               

                               

                               

                               

                               

                               

                               

                               

                               

 
 Nie wiem, co napisać...
 
W uzasadnieniu stwierdza się fakt oczywisty, że z ostatniej umowy o pracę z dn. 1 września jestem zatrudniona na stanowisku nauczyciela w wymiarze 18 godzin zajęć dydaktyczno-wychowawczych tygodniowo.
Potem, że od 1 września dyrektor „powierzył” mi prowadzenie zajęć nauczyciela wychowawcy w świetlicy szkolnej z pensum w wymiarze 26 godzin tygodniowo i że nawet mnie o tym poinformował!
Chwała!
 
Z całym szacunkiem dla rzecznika Dyscyplinarnego dla Nauczycieli przy Wojewodzie Łódzkim – powierzyć to sobie pan dyrektor może samochód swojemu mechanikowi do naprawy i poinformować go o tym. A jak pan dyrektor zrobi to w niewłaściwej formie, to mu mechanik każe iść precz. I tyle.
 
Oczywiście, że złożyłam podpis pod planem pracy świetlicy, nawet go sama opracowałam i pracowałam przepisowe dwa tygodnie, czekając na reakcję władz, które były bardzo dobrze przeze mnie poinformowane o przekroczeniu uprawnień przez dyrektora Włodarczyka, co jest przestępstwem. Jasne, że pracowałam. Robiłam, co do mnie należy i jeszcze więcej. Może miałam się narazić na zarzut uchylania się od pracy? Na to czekał, ale się nie doczekał.
Po dwóch tygodniach powiedziałam: wystarczy.
 
Dyrektor „podał”, ile wynosi pensum nauczyciela świetlicy. Fajnie, tylko ja nie byłam nauczycielem świetlicy.
 
Rzecznik pisze, że wie, iż dyrektor przedstawił mi porozumienie zmieniające 21. września i zdaniem Rzecznika wszystko jest w porządku, bo nie komentuje tego faktu.
Co to znaczy, że ja samowolnie opuszczałam miejsce pracy po wykonaniu swojej roboty, do ciężkiej cholery? Miałam nocować w szkole? Pisać podanie do naczelnika Włodarczyka codziennie o pozwolenie pójścia do domu?
Czterodniowy tydzień pracy zrobił się sam, bo pracowałam po kolei, jak leci. Gdybym poucinała sobie z każdego dnia trochę, żeby zostało na piątek, zrozumiałabym, że można by było mnie wtedy zabić. Bo wiem, co to jest układanie planu w takiej szkole, jak moja. Ale wówczas uniknęłabym przynajmniej idiotycznego zarzutu, że sobie ustaliłam czterodniowy tydzień pracy.
 
Na stronie 3. Od słów: „W związku z powyższym” nie rozumiem nic.
Z jakim powyższym, przecież to się kupy nie trzyma.
Z następnym powyższym Rzecznik w końcu uprzejmie zauważa istnienie art. 18 Ustawy.
 
Dalej Rzecznik troszkę się pogubił, bo wyraźnie stwierdza, że dyrektor postąpił wbrew prawu, ale zaraz potem, ze zrobił dobrze. No to ja bardzo przepraszam.
Gdzie Pani mieszka, Pani Rzecznik? Ma Pani domek z ogródkiem? To ja sobie w nocy zastosuję taką małą samowolę budowlaną: postawię sobie altankę w Pani ogródku i sobie tam zamieszkam. Będzie zgodne z zasadami współżycia społecznego, bo ja nie mam gdzie mieszkać, a Pani ma taaaki duży ogród. A poza tym nikt mnie już nie ruszy, bo, co prawda, naruszyłam prawo, no, ale przecież już się stało...
Za rok wystąpię o pozwolenie na budowę w Pani ogródku, przyjdzie komisja, stwierdzi samowolę budowlaną, ale trudno, już się stało. I ma mnie pani na swojej mądrej główce do końca życia.
Podoba się? Hę?
 
Na stronie 4. Pani Rzecznik pisze coś o Kodeksie Pracy. No to ja mówię po raz kolejny:
 
 Art. 100.  § 1. Pracownik jest obowiązany wykonywać pracę sumiennie i starannie oraz stosować się do poleceń przełożonych, które dotyczą pracy, jeżeli nie są one sprzeczne z przepisami prawa lub umową o pracę.
 
 O tej sprawie nikt nie mówi w Ustawie Karta Nauczyciela, bo to się rozumie samo przez się;  do głowy nikomu nie przyszło, że w jakimś Piotrkowie Trybunalskim stanowisko dyrektora obejmie taki ktoś i że będzie takie cuda czynił. Po prostu ustawodawcy nie przyszło to głowy. Gdyby przyszło, ostatnie zdanie Ustawy brzmiałoby: „Wszystkie przytoczone wyżej przepisy odnoszą się  również do Zbigniewa Włodarczyka z Piotrkowa Trybunalskiego”.

W czasach, które podobno minęły, wszystkie francuskie książki naukowe miały wydrukowane ostrzeżenie: Prawa przedruku zastrzeżone dla wszystkich krajów, tu rozumiany również Związek Sowiecki.


Jeżeli Ustawodawca nakaże: „Po ulicy nie wolno chodzić na golasa”, to przecież w następnym artykule nie stanowi: „Po ulicy trzeba chodzić przynajmniej w majtkach”?

Rany Boskie.

Ależ się Wysoka Komisja naustalała. Przecież ja to wszystko mówiłam i niczemu nie zaprzeczałam. Tak, pracowałam 18+1, bo tak stanowiła moja umowa o pracę, zaś pracodawca odmówił wypłacania wynagrodzenia za godziny ponadwymiarowe, a w Polsce praca bez wynagrodzenia jest zabroniona, chyba, że ktoś podpisał umowę o wolontariat.
Rany Boskie.

Nie obraziłam dyrektora. Jest bezczelny. I nie jest niezrównoważony psychicznie, jest bardzo zrównoważony. Nie denerwuje się nigdy. Podczas posiedzenia Rady Pedagogicznej podałam te dwie rzeczy alternatywnie.
 
 
Gdyby nie moja listopadowa grypa, gdyby „kadencja się nie kończyła”, sprawy mogły się potoczyć inaczej…
 
Na ósmego listopada 2010 roku wyznaczone jest posiedzenie Odwoławczej Komisji Dyscyplinarnej przy Ministrze Edukacji Narodowej w mojej sprawie. 7 listopada kończy mi się zwolnienie lekarskie, ale kiedy kończy się zwolnienie, niekoniecznie oznacza to koniec choroby…
 
W nocy z 7 na 8 nagle dostaję gorączki; w pewnej chwili skala na termometrze zaczyna się kończyć. Mam być w Warszawie do południa, chcę jechać, bo to przecież moja sprawa i ja sama ją najlepiej przedstawię. Tym bardziej, że na rozprawie w Łodzi nie było mojego pełnomocnika, bo go celowo nie powiadomiono o prawie, tymczasem ja na wezwaniu miałam napisane, że dostał on odpisy wszystkich papierów… Powstrzymują mnie od listopadowej podróży w chorobie: przyjaciółka i J.W.
 
Biorę więc telefon i dzwonię raniutko do Warszawy, tłumacząc, że nie przyjadę, że zaraz idę do lekarza, żeby to uwzględniono, że jeszcze dzisiaj zeskanuję zaświadczenie i wyślę albo przefaksuję…
 
Miła pani mi odpowiada, że przełożenie terminu jest niemożliwe, bo Komisji kończy się kadencja (sic!) i że moja nieobecność i tak będzie nieusprawiedliwiona, że mam pokładać wiarę w mojego pełnomocnika (którego nie widziałam na oczy). Pytam więc, czy jeżeli znajdę się w szpitalu, to również będzie bez znaczenia? Otrzymuję szczerą i rozbrajającą odpowiedź, że tak, bo ona przecież tłumaczy, że kadencja im się kończy, że przecież idą wybory i na pewno będzie inna Komisja…
Wobec takiego dictum stwierdzam w duchu, że Komisja na Szucha jest najmniejszym moim problemem w tej chwili.
 
Mój Boże, gdyby inna była wówczas reakcja tej pani, może nie doszłoby do rozzuchwalenia się pana Włodarczyka, może na przykład pani Komolibus  nie zrezygnowałaby ze stanowiska, bo już dłużej nie wytrzymała tego, czego była świadkiem… Któż to może wiedzieć? A i mojej winy jest sporo, bo machnęłam ręką – tu się działy i dzieją rzeczy innej miary, rzeczy, przy których Szucha jest przejściem na czerwonym świetle w Piotrkowie o trzeciej w nocy w Wigilię…
 
W każdym razie wyrok brzmi: winna.
 
  Komisja powołuje się na nieprawomocny wyrok Sądu. Jak to jest: ja mam podlegać nieprawomocnemu wyrokowi, a druga strona nie? Wytłumaczę to w sposób, który dociera do każdego -  za pomocą pieniędzy: dlaczego ja jeszcze nie mam na swoim koncie brakujących pięciu tysięcy z okładem, a strona przeciwna powołuje się na ten sam wyrok? Dla ZW wyrok jest prawomocny, dla mnie nie?!
 O odsetkach od wyroku jeszcze będzie mowa w rozdziale: Szkoła i moje finanse.
 
Fajnie, swoją drogą, być dyrektorem państwowej szkoły i mieć popleczników: przeżyna się sprawy w Sądzie, podatnicy płacą dziesiątki tysięcy złotych odszkodowań z powodu widzimisię dyrektora, on sam nie jest za nic odpowiedzialny i pies z kulawą nogą nie zapyta o dyscyplinę finansów publicznych… A te remonty, a te komputery, wieści o przetargach rodem z „Rancza”… A efezy, a projekty, mniam,
mniam… Ludzie to jednak z zawiści potrafią głupoty gadać, zwłaszcza, kiedy mają dobrze schowaną czerwoną teczkę, latami mieli dostęp do skanera i kserokopiarki i zostali zwolnieni za trzy piątki…Tacy to potrafią całymi latami czekać… Tacy zawistni, podli i mściwi bywają… Oni wiedzą, że wiatr się kiedyś zmieni i jak te podłe wilki węszą i wyczekują…
 
Zastanowię się jeszcze nad rewizją nadzwyczajną.
                                                          
1.                 Wszyscy są wobec prawa równi. Wszyscy mają prawo do równego traktowania przez władze publiczne.
2.                 Nikt nie może być dyskryminowany w życiu politycznym, społecznym lub gospodarczym z jakiejkolwiek przyczyny.