czwartek, 21 listopada 2013

WIARA

Ponieważ nie możemy z Kubą spać w jednym, wąskim łóżku, to znaczy - na rozkładanej kanapie, postanowiłam dostawić drugą rozkładaną kanapę obok, żebyśmy byli obok siebie i mieli dosyć miejsca. 

Kuba, jak pisałam, ma przerzuty do płuc, więc czasami kaszle, często się budzi, zwija w precel na łóżku i ma wyrzuty, że budzi mnie przy tym.

Przez jakiś czas spaliśmy w osobnych pokojach, ale to nie jest rozwiązanie dla ludzi, którzy się kochają.

Postanowiłam więc, że kanapę z salonu, na której sypiam, przetransportuje się do sypialni, postawi obok i w ten sposób będziemy obok siebie, nie przeszkadzając sobie wzajemnie w nocnych kaszlach i płaczach.

Miało wyjść z tego (i wychodzi) gigantyczne małżeńskie łoże. 

Trzeba było  jedynie przenieść kanapę z salonu do sypialni...

Właśnie skończyłam.

Nie mogłam dopuścić do tego, żeby Kuba mi pomagał. Kanapa jest cholerycznie ciężka, a On jest osłabiony. Jest taki, jak te śliczne owady, które Ewka F. nazywała: złotooczki; o przezroczystych, mieniących się tęczą skrzydełkach.

Zajęłam się więc tą kanapą sama. Nie wiedziałam, że jest tak ciężka, a przejście z salonu do sypialni tak wąskie. Przesunięcie mebla nie było trudne. Schody zaczęły się w drzwiach.

Na wznak kanapa nie wejdzie. Trzeba by rozkuć futryny w drzwiach. Należy ją postawić na sztorc. Do tego elementu pracy podchodziłam pięć razy, za każdym uznając, że nie dam rady. Pękał mi kręgosłup, mięśnie rąk same wypuszczały mebel z rąk. Materia stawiała opór.

Nie powinnam tego robić sama, ale chciałam Kubie zrobić niespodziankę.

I nagle mnie olśniło: przecież ja wierzę!

Pomyślałam: "Dobry Boże, to nie jest ani szantaż, ani obietnica, ale jeżeli przetargam tę kanapę, to jest znak, że Kuba wyzdrowieje".

Przetargałam.






Brak komentarzy:

Prześlij komentarz