czwartek, 5 lutego 2015

PODRĘCZNIK NIEZGODY*



Zastanawiam się, czy podręcznik szkolny jest bytem koniecznym? Czy, przypadkiem, nie należałoby go ciąć brzytwą Ockhama?

W czasach tabletów, e-książek, tablic multimedialnych, rzutników... i nadal – kredy i tablicy, „podręcznik” jest niezbędny?

Przecież nauczyciel nie realizuje podręcznika, cokolwiek by ten w sobie miał. Podręcznik, jak sama nazwa mówi, ma być podręczną pomocą w utrwalaniu wiedzy. A, jeżeli ktoś tej pomocy nie potrzebuje?

W księgarniach pojawił się już jakiś czas temu ancien elementarz Falskich. Jest także do ściągnięcia i wydrukowania, strona po stronie, w internecie. A co, jeżeli dziecko, pod okiem rodziców będzie się uczyć literek z Falskich? Nie przyjmie poprawnego politycznie elementarza Kluzik, która takie ma pojęcie o nauczaniu, że sygnuje książkę z błędami?


Każdy uczący się człowiek, sam pisze swój podręcznik. Notuje to, co może zapomnieć;  czego jest pewien, pomija.


Małe dziecko patrzy na „ciocię” która na tablicy pokazuje mu litery, składające się w sylaby. W DOMU ćwiczy i pobiera nauki. W DOMU.

Tak zwany unijny projekt pod tytułem: „Wyrównywanie szans” lub: „Zapobieganie wykluczeniu” to worek ze złotem, otwarty dla cwanych. Czyli tych, którzy na pewno nie dadzą się wykluczyć.

Poza wszystkim – podręcznik nie jest obowiązkowy. Szczątkowe poczucie przyzwoitości kazało ustawodawcy napisać:

Art. 22aa. Nauczyciel może zdecydować o realizacji programu nauczania:
1) z zastosowaniem podręcznika, materiału edukacyjnego lub materiału ćwiczeniowego lub
2) bez zastosowania podręcznika lub materiałów, o których mowa w pkt 1.

To UoSO.


Od lat powtarzam, że ja mogę w stodole uczyć, za całą pomoc mając kij, który na klepisku coś wyskrobie.

*tytuł pochodzi z Gazety Wyborczej

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz