wtorek, 3 lutego 2015

UMIERANIE



Los bywa przewrotny. Tak przewrotny, że albo się śmiać, albo iść z nim na piwo.

Pamiętają Państwo Farrah Fawcett?


Zdjęcie reklamowe do Aniołków Charliego (1977)

Prześliczną kobietę, słabą aktorkę?

Farrah kochała film; chciała być wielką aktorką. Aktorką, żeby zostać wielką, potrzebny jest talent. I to „coś”. Podobno pani Modrzejewska powaliła na kolana widownię wygłaszając abecadło polskie...

Jak było, tak było, ale legendy nie biorą się znikąd.

Otóż Farrah do tego stopnia kochała film, sławę idącą za „oglądalnością”, uwielbienie widzów, że, kiedy zachorowała, nakazała kamerzystom filmować jej umieranie. Do ostatniej chwili. Włącznie z zejściem.

Kamery towarzyszyły jej dzień po dniu. Dzień po dniu widzowie patrzyli na niknącą istotę ludzką. Dzień po dniu. I jeszcze – dzień...

Stacje telewizyjne prześcigały się w wiadomościach. To był pierwszy news każdego dnia. Było po prostu bosko.

Farrah była już tak wycieńczona i mizerna, że powinno się ten snuff zakończyć, ale ona nie pozwalała. Wyobrażała sobie, że tą rolą uzyska w końcu uznanie. Taką rolę gra się tylko raz.





I co się wydarzyło?

Otóż, proszę Państwa, dokładnie jeden dzień przed spektakularnym, obserwowanym i, nie waham się użyć słowa, oczekiwanym, zgonem FF, zszedł Michael Jackson.

Farrah już o tym szczęśliwie nie wiedziała, bo nie miała kontaktu ze światem. Nie widziała, jak się kamery nagle odwróciły i jej śmierć stała się bezdomna.

Dlaczego to piszę?





Brak komentarzy:

Prześlij komentarz