czwartek, 7 czerwca 2012

ŻEBY NIE BYLO, ŻE DO CZGOŚ NAWOŁUJĘ


Miałam dzisiaj sen. W tym śnie podszedł do mnie człowiek o zniszczonej twarzy i zapytał o drogę do sądu. Rozmawialiśmy chwilę i na koniec powiedziałam: „Człowieku, jeżeli jesteś pewien swojej racji i prawdą jest, co mówisz, zgromadź wszystkie swoje pieniądze i idź na stadion. Tam znajdź słowianina o kwadratowej szczęce i powierz mu swój kłopot”.

Obudziłam się z krzykiem, który następnie łagodnie przeszedł w śmiech.

Oto na dzień 4. września wyznaczono rozprawę w sprawie sprostowania świadectwa pracy. Rychtych dwa lata mijają, jak Sąd wielki macoszy miota się, żeby orzec, jak i kiedy, i w jakim charakterze pracowałam. Wije się przy tym Sąd, jak, nie przymierzając, zaskroniec, kiedy go podlać okowitą przedniej miary.

To mało: od tej pory wielki W. wydał mi następne dwa świadectwa pracy, Z nieprawdopodobnymi kretyństwami i złodziejstwem w treści. Ciekawam, które z tych świadectw pracy raczy sąd prostować.

Ludzie, Wy naprawdę nie widzicie, że Z. W. niczego nie potrafi i na niczym się nie zna? No, może za wyjątkiem smutnego plumkania na kibordzie...

Podobno uczęszcza do solarium i farbuje czuprynę. Panie W., od solarium dostaje się raka, a bóg raczy wiedzieć, co jest w składnikach farb do włosów...

Następny wpis będzie miał tytuł: „Lojalka”

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz